Jan Brachaczek: – Kiedyś było tu więcej ogrodów niż budynków.

Bohater opowieści: Jan Brachaczek
Wysłuchała: Ewa Trzcionka

Opowiedz o swoim życiu w Alejach Sułkowskiego.

Przeprowadziłem się na ulicę Janka Krasickiego 6 [obecnie Wilsona 4] prawdopodobnie

w 1952 roku, sądząc po zdjęciach. Mieszkałem tu do roku 1962, czyli mniej więcej
dekadę. Mieszkałem z rodzicami i z siostrą bliźniaczką, Jasią. Mój ojciec pracował
niedaleko, w słynnej fabryce BEFAMA [Bielska Fabryka Maszyn]. Do szkoły chodziłem
tutaj, do Szkoły Podstawowej nr 3 im. Stefana Żeromskiego. Miałem bardzo blisko.
Budynek był nowiusieńki. Nie było jeszcze boisk ani dobudówek, które teraz są.
Wszystko pachniało nowością, była to jedna z ładniejszych szkół w Bielsku.

Jan i Janina Brachaczek w dniu I Komunii Świętej, z archiwum Jana Brachaczka.
Dzisiejszy widok schodów, na ul. Wilsona 4, fot.: Fundacja Zielone Konie

Jak wspominasz ten czas? Pamiętasz nazwiska ludzi, którzy tutaj mieszkali?

Spędzone tutaj dzieciństwo wspominam wspaniale! To było zaraz po wojnie i pamiętam
różne nazwiska: i polskie, i niemieckie, i Żydów też pamiętam. Ze mną do klasy chodziła
piękna Żydóweczka, nazywała się Sonia Stauer i mieszkała obok mnie, obecnie to jest
chyba Wilsona 1. Pamiętam też Ukraińców, jednego szczególnie, bo mieszkał u nas w
bramie i kiedyś w zabawie złamał mi nogę – bawiliśmy się w chowanego, on się schował
przy schodach za jakąś belką. Biegłem go szukać, a on zrzucił na mnie tę kłodę i
wylądowałem w gipsie. Naprzeciwko mieszkał bardzo fajny starszy pan, oficer Wojska
Polskiego Bielankiewicz, byli też Kucharscy… Utkwiło mi też w pamięci małżeństwo,
które mieszkało u nas w suterenie. Od ul. Kołłątaja widać teraz okna zabite dyktą – to
tam. Ona była sprzątaczką, a on dozorcą, choć podobno kiedyś mieli dużo ważniejsze
stanowiska. Mieli na nazwisko Lorentz, pisane po niemiecku. Był też kierowcą autobusu i
mam z nim związane osobiste wspomnienie. Moja ciocia i wuj pracowali na
gospodarstwie na folwarku w Jaworzu, tam też mieszkali. Kiedy moja mama Fryderyka
chciała nas do nich wysłać, to prosiła pana Lorentza, który akurat miał kurs do Jaworza,
żeby nas pilnował, żebyśmy dobrze wysiedli naprzeciw gospodarstwa.

Jak wspominasz dzielnicę, jej atmosferę i wygląd?

To akurat bardzo utkwiło mi w pamięci. Mało kto jest w stanie dzisiaj uwierzyć, że kiedyś
było tutaj więcej ogrodów niż budynków. Nie było samochodowego mostu na Białej, tylko
pieszy Krzywy Mostek, a od budynków na obecnej ul. Wilsona aż do „Okrąglaków” były
same ogrody. Tam był nasz żywioł! Wszędzie, gdzie teraz stoją budynki z czasów
komuny, były sady, ogrody, bunkry – czyli nasze miejsca zabaw. Tam, gdzie jest teraz Instytut Włoski, jeździliśmy na nartach. Górka była niewielka, śmialiśmy się, że jak tyły nart były na szczycie, to przody już u podnóża! Jak wracaliśmy ze szkoły, rzucaliśmy
teczkę gdzieś w kuchni i biegaliśmy po tych ogrodach do wieczora.

Wspominałeś, że było międzynarodowo po wojnie w Alejach Sułkowskiego.

Nie jestem historykiem, także nie umiem wnikać głębiej, ale w czasie wojny tu musieli
przecież mieszkać Niemcy – tu była przecież Rzesza. Wojna sprawiła tyle złego, że
głowa boli… nawet nie chcę o tym myśleć. Po wojnie ci Niemcy, co musieli, to pewnie
uciekli, a ci, którzy się mniej obawiali, bo byli „miejscowi” i mieli czyste sumienie, to
zostali. Tak jak ten nasz pan Lorentz. Na przykład ja, jako dziecko, nigdy nie słyszałem
nic złego na jego temat. Nie słyszałem też, żeby miał jakieś problemy jako Niemiec. Do
klasy chodziły ze mną na przykład dziewczyny o niemieckich nazwiskach: Bachman, Lah
– tych niemiecko brzmiących nazwisk było dużo więcej, ale teraz sobie nie
przypominam. Przypuszczam, że to byli Niemcy, którzy mieszkali tu jeszcze przed
wojną, ale ja byłem wtedy dzieckiem i nie wnikałem, jak kto się nazywa i kim jest.
Chociaż to były czasy, kiedy ogólnie było antyniemiecko. Słyszałem, że niektórzy
zmieniali nazwiska na polskie. Znam takich, którzy zmienili Weissmann na Wiśniewski,
ale oni na pewno nie byli stąd.

Czy pamiętasz więcej Ukraińców?

Nie pamiętam. Ta rodzina z naszej bramy przyjechała z Ukrainy – mama z synem. Nie
pamiętam nazwiska ani imienia. Mogę przypuszczać, że przyjechali tutaj po wojnie, po
wysiedleniach ze wschodu.

Kto jest na tym zdjęciu z balu przebierańców?

To moja klasa. Tu jest Sonia Stauer, chyba ze swoją siostrą, tu Jasia – moja siostra,
Krystyna Lah, Julita, córka doktora Granowskiego, tu jest Jasiu Projos – Grek. Wtedy
coś złego działo się w Grecji i pamiętam tę falę, gdy Grecy musieli uciekać i przyjeżdżali
do Polski. Jasiu na początku bardzo słabo mówił po polsku, ale się szybko nauczył.
Także mieliśmy na podwórku i Greka, i Ukraińca, i Żyda, i Niemca, i Polaków.

Wiesz, co się stało z rodziną Soni Stauer?


Cała rodzina wyjechała do Stanów jako jedni z pierwszych. To musiał być rok może
1955–1956. Ale wiem, dlaczego wyjechali… W podobnym czasie wyjechali do Ameryki
też wszyscy Granowscy, straciliśmy wielu kolegów i koleżanek…

Co działo się po wojnie z pustymi mieszkaniami?

Do końca wojny wszystko należało „do kogoś”, nawet Zamek Sułkowskich należał do
Sułkowskich. Dopiero kiedy przyszła komuna, to nacjonalizowali wszystko. Obojętnie, co
kto miał, to mu to wzięli i się nie pytali. Zwłaszcza, jak ktoś podpadł partii.

Kiedyś każdy sobie budował swoje domy w tej dzielnicy: i Żyd, i Niemiec, i Polak. A po
wojnie miasto większość zgarnęło i objęła to Administracja Domów Mieszkalnych albo
podobny urząd.

Nacjonalizowali puste obiekty?

Puste, niepuste. Jak im się ktoś nie podobał: Polak, Żyd, Niemiec, to go wyrzucali do
jakiejś socjalnej nory, a piękne mieszkania były przyznawane według partyjnego klucza.
Dla „partyjnych” było wtedy wszystko.
My jesteśmy tutaj napływowi, także nie znam wcześniejszych losów. Mój ojciec wpierw
dostał niewielkie mieszkanko na ulicy Piastowskiej koło dworca autobusowego. Dopiero
jak urodziliśmy się my, bliźniaki, tata był już wtedy w BEFAMIE uznanym konstruktorem i
pewnie dzięki temu dostaliśmy w przydziale to mieszkanie w Alejach, chociaż było
jednym z mniejszych. Tu są mieszkania po 120-150 metrów.

Jakie języki było słychać na ulicach?

Raczej polski. Jasiu Projos mówił jedno słowo po polsku, a resztę po grecku, albo my
dopowiadaliśmy za niego, a i tak wszystko rozumieliśmy!

A Niemcy mówili po niemiecku?

Nie, moi koledzy mówili już po polsku. Urodzili się tutaj, w Polsce, już po wojnie. Czasem
jakieś mamie wyrwało się przez okno coś po niemiecku, jak wołała na obiad. Albo pewna
Niemka wołała z niemieckim akcentem do sąsiadki: „Pani Kandisz, maslo pszyszła!”.
Strasznie się z tego śmialiśmy.

Jak na przestrzeni lat zmieniała się dzielnica?

Kiedy byłem już w liceum [LO im. M. Kopernika] mieszkaliśmy w Jaworzu, ale czasem tu
zaglądałem do kumpli, to wtedy był tu plac budowy – wszystko rozkopane. Kiedyś
kamienice stały same, luźno. Potem narobili tych plomb różnych szpetnych, albo później
trochę bardziej nowoczesnych.

Czy ta dzielnica podupadła w późniejszych latach?

Oczywiście. Kiedyś tu było zieloniutko i pięknie. Jak wszystko zakwitło, to było zupełnie
inaczej – teraz widać tu tylko jakąś podeptaną wierzbę, nie widać dzieci ani miejsc, gdzie
mogłyby się tak zwyczajnie bawić… Wtedy nas – dzieci i młodzieży – było jak pcheł!
Było gwarno i wesoło. Było tu zaledwie parę aut, a przy moście, gdzie teraz stoi blok, był
placyk do gry w palanta. Twój dziadek stale musiał chodzić szklić komuś okno, bo jak się
zamachnęliśmy, to leciały szyby z okien w okolicy. Tutaj życie tętniło.

A jacy byli ludzie?

Z perspektywy dziecka ludzie w Alejach byli wtedy wspaniali. Pomagali sobie.
Chodziliśmy wzajemnie do różnych mam na zupę albo placki, jak nasza nie mogła się
nami zająć. Niezależnie, kto był kim i jakiej był narodowości. Mama nigdy nie zakazywała
mi kontaktowania się z kimkolwiek, czy młodym, czy starym. Nawet jak jeden drugiemu
coś zmajstrował, to nikt nie robił kłopotów. Jak ten Ukrainiec złamał mi nogę, to nikt nie
robił z tego afery. Albo kiedyś „Isiu Bombek”, czyli Rysiu Dąbek, którego rodzice mieli
fabryczkę guzików na Kołłątaja, strzelił mi w oko rozplaszczoną puszką po śledziach –
oko całe zakrwawione! – to wieźli mnie do szpitala taksówką. Ach, jaki ja byłem
szczęśliwy, że jadę tą taksówką po raz pierwszy w życiu! Chwaliłem się tym wszystkim
jeszcze przez rok!

A jak postrzegaliście tę dzielnicę w kontekście całego miasta?

To wtedy była najbogatsza, najlepsza dzielnica, najładniejsza w Bielsku. Mieszkaliśmy
wśród ciekawych ludzi: był pułkownik Bielankiewicz, lekarze Granowscy, Łukaszek – też
lekarz. Samo zacne towarzystwo. Ale nie mam pojęcia, czy oni dziedziczyli mieszkania
po kimś. My byliśmy akurat napływowi. Mieliśmy jakieś 80 metrów kwadratowych, ale to
było w stosunku do innych mieszkań niewiele. Na pewno to, że tata pracował w
BEFAMIE, miało znaczenie, kiedy przyznano nam to mieszkanie.

Czy słyszałeś wtedy, kiedy byłeś młody, o wywózkach bielskich Żydów do
Auschwitz?

Właśnie nic nie wiedziałem! Chyba wszyscy nabierali wtedy wody w usta. To były czasy,
że ludzie woleli nie wiedzieć i nie widzieć, bo się bali. Chociaż wydaje się to wręcz
niemożliwe, bo przecież obóz funkcjonował tak blisko. Ale ani mój tata, ani mama, ani
żaden z nauczycieli mi tego nie powiedzieli. Mam wrażenie, że każdy, kto miał w
komunie coś do stracenia, wolał siedzieć jak mysz pod miotłą.

A jakie emocje wam towarzyszyły jako rodzinie?

Moja młodość tutaj upłynęła w euforii wolności. Miałem poczucie, że mam wszystko, że
mogę sobie iść na pochód pierwszomajowy z polską chorągiewką. Mieliśmy wycieczki,
wyjazdy i kolonie. Także jako dziecko odczuwałem ten czas wspaniale. Nie czułem
reżimu, choć dzisiaj wiem, że komuniści nas ustawiali pod swoje dyktando. W liceum
dopiero zacząłem zauważać, że nauczyciele historii muszą strasznie uważać, co nam
mówią. Np. prof. Woźniak, Buzek, Krywult – prawdziwi przedwojenni nauczyciele –
musieli cicho siedzieć, bo jak coś powiedzieli nie po linii partyjnej, zaraz się nimi
„zajmowali”. Ale byli i tacy, którzy w komunę szczerze wierzyli, że to sposób na
zbudowanie Polski: dostali mieszkanie, pracę, dzieci miały kolonie i stołówkę za darmo.
To było przecież bardzo dobre życie w porównaniu z wojenną tułaczką, głodem i
strachem.

Co sądzisz o architekturze, jaka jest dzisiaj w Alejach Sułkowskiego?

Porównując to, co powstało w latach 30. XX wieku, z tym, co powstawało po wojnie, to
nie ma porównania. Wystarczy się przyjrzeć, jaka była wtedy jakość, a jaka później.
Gdybym miał skalę wartości architektury, to budynki sprzed wojny są dziesięć razy
lepsze od tych późniejszych. Nawet te najnowsze próbowali jakoś wkleić, ale to nadal
jest nie do porównania. Poza tym wtedy było tutaj zaledwie kilka budynków i piękna
zieleń, a teraz jest tłok, mało zieleni i smutek.

Czy modernistyczne budynki z naszej dzielnicy powinniśmy szanować?

Tę z lat 30. – jak najbardziej! To jest dziedzictwo, o które należy dbać, by się nie
zniszczyło. I nie tylko elewacje, ale również środek – tak, żeby ludzie na nowo chcieli
tam mieszkać. Żeby zmienić infrastrukturę – gaz, prąd, ogrzewanie – na nowoczesną,
ale zostawić wszystkie piękne detale z tamtych czasów. A z zewnątrz, jak będą ocieplać,
to żeby nie pozakrywać szczegółów, bo to już jest historia. Za chwilę te budynki będą
miały 100 lat. W tych budynkach widzę wartość. To jest ważna, historyczna dzielnica
miasta i przez całe moje życie, do dzisiaj, a mam już 74 lata, jak ktoś powie, że mieszka
w Alejach Sułkowskiego, to wiadomo, że mieszka w prestiżowym miejscu. Taka jest
prawda! I tak jest i teraz i tak wtedy było. Spotkałem ostatnio pana Szkucika, który dostał
po nas mieszkanie na Janka Krasickiego. Powiedział, że jego rodzina musiała wtedy
walczyć o to mieszkanie i trzeba było wykorzystać wszelkie koneksje, żeby dostać od
miasta lokal akurat tutaj w Alejach.

Przewijanie do góry