Osiedle bliskości

Aleje Sułkowskiego były i pozostają osiedlem bliskości: w 1937 r. tworzyły wielokulturowe, nowoczesne „laboratorium” codzienności, gdzie w jednej przestrzeni skupiały się usługi, handel, medycyna. Od 1945 r., mimo wojennego rozdarcia, bólu i wymiany społecznej na niemal jednolitą narodowo, ulice odtworzyły niemal ten sam scenariusz dnia dzięki ciągłości kluczowych funkcji. W każdej epoce swoje miejsce znajdowały tu również elity społeczne. Upór w organizowaniu dostępności miejsc i usług „pod ręką” sprawił, że Aleje do dziś pozostają unikalne i przyjazne: wczoraj elitarne, dziś wciąż atrakcyjne ofertą klimatycznych mieszkań oraz praktyczną bliskością zarówno sąsiadów, jak i historycznego centrum Bielska-Białej.

Mam przed oczami „Księgę adresową Bielska, Białej i okolicy dla przemysłu, handlu i rzemiosła ze szczegółowym spisem właścicieli mieszkań” wydaną nakładem R. Kubiczka w Białej, z Drukarni S. Kuśnierza w Białej i oprawioną w introligatorni Wiktora Königa  w roku 1937.

Ta z pozoru prozaiczna księga pozwala dziś odtworzyć poranek w Alejach Sułkowskiego. Zaczyna się od ciepła bijącego z piekarni, gdzie gromadzą się pierwsi klienci; zapach świeżego chleba miesza się z wilgocią znad płynącej obok rzeki Białej. Przez duże okna wpada światło do przestronnych pokoi; w lustrach fryzjerskich zapalają się pierwsze żarówki, a na ladach rozkłada się świeża prasa. Ktoś niesie rulon tkaniny „na poprawkę”, ktoś odbiera fotografie „do dokumentów”, ktoś podnosi słuchawkę telefonu, by rozpocząć codzienne obowiązki. Na klatkach schodowych słychać melodię niemieckiego alfabetu. Dzień układa się tu w krótkie trasy: od piekarni do krawca, od poczty do lekarza i z powrotem do domu. Modernistyczna fasada pozostaje tłem; na pierwszym planie jest życie, skrojone na miarę bliskości i otwartości na słońce, powietrze i zieleń. Tę logikę da się czytać między wierszami księgi adresowej: ważniejsze od nazwisk są krótkie odległości między adwokatem, pieczywem a krawcem. Wróćmy na ulice.

Metaforycznie rzecz ujmując, nad osiedlem czuwa Straż Graniczna. Sam adres urzędu w Alejach sygnalizuje porządek i bezpieczeństwo.  „Duchową” opiekę sprawuje Wojskowy Urząd Parafialny pod „jedenastką”, wpisując tę ulicę w rytuał instytucji i wspólnot. Idąc od strony zamku, który góruje nad dzielnicą, pod „jedynką” spotykamy całą powszedniość Alei: dr Adolf Frenkel (adwokat z numerami telefonów do kancelarii i mieszkania), zakład fryzjerski Ewy Schottek i prawdziwe serce poranka – mechaniczną cukiernię i piekarnię „Al-Fi” Alfreda Fischgrunda. Tu promuje się także zdrowie: sucharki „AL-FI”, keksy, herbatniki, wszelkie ciasta deserowe, kartonowe itp.; codziennie trzy razy świeże pieczywo białe i chleb: biały, razowy, „chleb zdrowia”, wiejski. W tej na wskroś nowoczesnej kamienicy można też kupić kwiaty u Oskara Wildego (równolegle prowadzi zakład ogrodniczy przy ul. Wilsona 11), a dwa numery dalej, schodząc w głąb dawnego ogrodu, „Tuchhaus Włókno” przy „trójce” kusi elegancją („Die Kleidung! …”). Obok pracuje krawiec damski, który „stroi” okolicę; na parterze mijamy skład kolonialny Nelly Kirschner i Ewy Rübner, gabinet kosmetyczny Nelly Steuer i Lilii Nesselroth, mleczarnię i jadłodajnię Wandy Katkowskiej, a także „techniczne artykuły” Artura i Oskara Landau. Tę tkankę usług spina medycyna: przy Al. Sułkowskiego 3 przyjmuje dr Emil Glasner, przy nr 7 dr Wincenty Poraniewski, dalej, przy nr 21 dr Adolf Rieser.

Krańce Alei dopełniają przemysł i mobilność codzienności. Pod adresem Aleje Sułkowskiego 23 inż. Józef Guttmann prowadzi skład pasów transmisyjnych, taśm hamulcowych oraz giętkich węży metalowych dla fabryk, a Paula Brechner w tym samym numerze firmuje „Polski Fiat” – stację usług i części. W połowie ulicy, przy nr 17, Zygfryd Schanzer prowadzi biuro buchalteryjno-rewizyjne i rzeczoznawcze; obok Ludwik Glücksmann sprzedaje wyroby firmy Kołłontay (mydła i chemię). Tkaniny mają tu dwa adresy: Ajzyk Lichter (hurt przy „siódemce”) i Kurt Kornhaber (detal, także „siódemka”). W kolejnej, arcyciekawej kamienicy pod adresem Al. Sułkowskiego 2 działa spółka „Terra”, parcelująca i sprzedająca grunty pod kolejne budynki. To dowód, że Aleje z ogrodu księcia przeobrażają się w nowoczesną dzielnicę mieszkaniową. Ale te mury skrywają nie tylko biznes: Rachela Goldberg prowadzi tu wypożyczalnię książek, a pastor Jan bibliotekę po sąsiedzku; dwa adresy, które przypominają, że kultura w Alejach jest równie „pod ręką” jak chleb i krawiec. Właściciele mieszkań zapisani w książce adresowej – Maurycy Anisfeld, Józef Guttmann, Salo Löffler, Aron Nussbaum, Maksymilian Polatschek, Andrzej Rey, Maurycy Schreier, Artur Stosius – domykają tę mozaikę w żywą wspólnotę, wskazującą na różnorodne pochodzenie mieszkańców.

Księga Adresowa 1937 układa z tego jedną krótką trasę: chleb – strzyżenie – tkanina – poprawka u krawca – wizyta u lekarza – zlecenie do buchaltera. Miasto w miniaturze, mieszczące się między kilkoma numerami.

Dwa lata wcześniej, w 1935 r., w Alejach otwarto Zakład Kąpielowo-Kuracyjny i Pielęgnacji Nóg. Program tej placówki streszcza ambicję Alei: „umożliwić pacjentom… pełnowartościową kurację w miejscu zamieszkania, po korzystnych cenach i bez potrzeby przerywania pracy”. W katalogu zabiegów są kąpiele kwasowęglowe, solankowe, tlenowe, świerkowe, natryski naprzemienne, pary, masaż, a w osobnym dziale – wkładki na płaskostopie i pedicure „w higieniczny sposób”. To luksus po pracy – można „zrobić coś dla ciała” po sąsiedzku. Zdrowie staje się usługą parteru, równie podręczną jak piekarnia czy krawiec.

A skoro codzienność opiera się na bliskości, potrzebuje też krótkiej drogi. W 1937 r. prasa wraca do sprawy kładki: mieszkańcy domagają się przejścia „małym kosztem” z Białej na „półwysep Sułkowskiego”. Bielsko chce kładki „jak strzelił” – od ratusza wprost na Aleje i dalej w Zamkową; Biała forsuje wariant boczny, przez Kołłątaja i tory. Różnice poglądów pomiędzy Bielskiem a Białą przejawiały się nawet w takich detalach.

Ta delikatna tkanka codzienności, zszyta krótkimi dojściami, wchodzi w lata wojny. Pęka.

Wojna nie jest tu rozdziałem, lecz rozdarciem: do wielu adresów nikt nie wróci, zgasną niemieckie reklamy, przestaną dzwonić znane wcześniej numery telefonów. A jednak układ ulicy – partery z usługami, bliskość lekarza i poczty, „krótkie dojścia” – przetrwają. Zostanie do ponownego obsadzenia: innymi nazwiskami, innymi szyldami, w tej samej logice bliskości.

Znów mam przed sobą drobną książeczkę. To poszarzały „Kalendarz. Informator branżowy Bielska-Białej, 1946”. Nie, to nie błąd: tak właśnie zapisano wówczas dwie odrębne jednostki administracyjne – Bielsko i Białą. Ta skromna publikacja pozwala po raz drugi odtworzyć życie Alei, tym razem tuż po wojnie: nowe szyldy na starych parterach, instytucje wprowadzające się w miejsce dawnych kancelarii i warsztatów, a między nimi krótkie trasy mieszkańców – od sklepu do urzędu, od gabinetu do telefonu. Dzięki niej widać, jak powojenna codzienność w Alejach układa się na nowo według dobrze znanej logiki bliskości.

Najpierw, i to znaczące, w najnowocześniejszych kamienicach zasiada państwo i prasa, wyznaczając rytm nowego porządku dokładnie tam, gdzie przed wojną działały prywatne kancelarie i zakłady. Pod Aleje Sułkowskiego 9 wprowadza się Komitet Miejski PPR: odtąd polecenia sekretarza regulują codzienność okolicy, a sam adres zyskuje aurę miejsca zawłaszczonego przez partyjną nomenklaturę. Adres staje się stawką, także polityczną. W kwietniu 1945 r. władze przydzielają PPS gmach również przy Alejach, lecz Urząd Bezpieczeństwa obsadza go własnymi ludźmi, a PPR stawia warunek: dwie konkurencyjne partie nie będą mieć szyldów na tej samej ulicy. PPS zostaje więc przy Krasińskiego 28.

Jedni wyjeżdżają, inni przyjeżdżają, ktoś zaczyna od nowa. W sąsiedztwie politycznych lokatorów wprowadzają się redakcje: stukot maszyn „Dziennika Zachodniego” i „Sportu” dobiega spod nr 2, a „Trybuna Robotnicza” pracuje pod nr 7. Skoro Aleje mają być wizytówką „postępu”, pod nr 17 pojawia się także kierownik Władysław Marcinkowski z Obwodowego Urzędu Pocztowego Bielsko z pocztą, telegrafem i telefonem pod jednym dachem. Potrzeby diametralnie się zmieniły, lecz adresy nadal układają scenariusz dnia.

Wraz z pojawieniem się nowych instytucji wraca kręgosłup usług i rzemiosł. Mechanizm, który sprawia, że dzień znów składa się z rzeczy możliwych do załatwienia „po drodze”. Chleb kupuje się teraz pod „jedynką” u Jeny Wurm, a także przy dwudziestce, gdzie Janina Szymańska i Edward Kowalczyk dbają o podstawowy zapas mąki, cukru i nafty. U wjazdu na osiedle Wolf Kirszen prowadzi „towary mieszane”, a przy siedemnastce podobne półki ustawia Stefan Bartosik. Bławatne Zofii Dekaban przy „trójce” rozpinają nad Alejami most tkanin, które lawirują między zwykłą potrzebą a skromną elegancją. W tych pierwszych latach nikt nie marzy o luksusie; marzy się jedynie porządna marynarka, zacerowana spódnica, nowa podszewka. I dlatego krawcy szybko odzyskują swoje miejsce w łańcuchu codzienności: Stanisław Szostak pod „trójką”, a Wacław Rybicki, Otton Landsberger i Bolesław Byrski pod „szóstką” zszywają nie tylko ubrania, ale i poczucie normalności.

Są zawody, które trwają niezależnie od radosnych czy przygnębiających okresów historii. Fryzjer należy do tego kręgu rzemieślników. Józef Rzepa pod „jedynką” strzyże tak, jak strzyżono tu przed wojną: trochę z próżności, trochę z potrzeby żeby „wyglądać jak człowiek”, kiedy trzeba stawić się w urzędzie, u notariusza, w nowej pracy. A skoro urzędy znów wydają pieczątki, trzeba również wyrobić dokumenty, a do dokumentów potrzebne jest zdjęcie. Wtedy do gry wchodzi „Łoboś” (dawniej Drozd) przy Sułkowskiego 1: ciemnia, zapach odczynników, kilka minut bez ruchu i pierwsze powojenne twarze są już pomniejszone do legitymacyjnego formatu. 

Najmocniej bije tu oś zdrowia. Odradza się szybko, ale w nowej obsadzie i z nową techniką w tle. Dr Janina Relwicz, specjalistka chorób kobiecych i akuszerka, przyjmuje pod czternastką: dzwonek na parterze, w notesie terminy i tygodnie ciąży. Kilka domów dalej dr Bolesław Jagodziński, ordynator oddziału położniczego, prowadzi praktykę pod „siedemnastką”, dosłownie drzwi w drzwi z działem ze wspomnianym kierownikiem działu łączności. Zestawienie mówi samo za siebie: opieka i łączność pod jednym adresem. 

Wokół tej powszedniej logistyki odradza się powojenna gospodarka. Aleje okazują się gościnne także dla ludzi, którzy mają w ręku dźwignie bielskiego przemysłu. Pod nr 20 mieszka Władysław Ślusarczyk, dyrektor Fabryki Wyrobów Metalowych: rano mija spożywczy, skręca do tramwaju, a po południu wraca ulicą, którą zarazem zasila i z niej czerpie. Na końcu Alei, pod nr 23, swoje cztery kąty urządza Henryk Górski, dyrektor fabryki „Benn”. Stąd widać miasto, do którego dostarcza się części, surowce, ludzi pracy. W tej samej sieci krąży branża włókiennicza. Zarządca „Molenda Gustaw i Syn” wprowadza się na ul. Focha 4.

Co łączy te dwa światy? Przede wszystkim ciągłość funkcji: zdrowie, podstawowe usługi i krótkie dojścia. Przed wojną  reklamował się „salon zdrowia” ze swoją profilaktyką po pracy: kąpiele, masaże, wkładki, pedicure w parterze. Po wojnie szeroko dostępna staje się państwowa opieka zdrowotna. Inne nazwy, inni ludzie, ale znowu ten sam sens: najważniejsze załatwia się „po drodze”.

Drugie spoiwo to „dobry adres”, który wraca w ogłoszeniach przez kolejne dekady. W 1946 brzmi: „nowoczesny 3-piętrowy dom… okazyjnie”; w PRL mnożą się anonse „zamienię” z metrażem, telefonem i garażem; w latach 90. – „komfortowe w Alejach”; dziś to po prostu wysoka cena za metr w ścisłym centrum. Zmienia się słownik komfortu, lecz praktyka pozostaje ta sama: mieć wszystko pod ręką – usługi i krótkie dojścia do najpilniejszych potrzeb. Dlatego Aleje rozpoznaje się nie tylko po fasadach, lecz po scenariuszu dnia, który od 1937 przez 1946 po dziś brzmi zaskakująco podobnie.

W tym sensie Aleje Sułkowskiego są dawnym prototypem miasta 15-minutowego: dowodem, że przetrwała nie tylko fasada, ale także funkcja. Niemieckojęzyczne szyldy ustąpiły miejsca państwowym tabliczkom, nazwiska się zmieniły, ale mapa kroków – od piekarni do poczty, od gabinetu do krawca, od domu do teatru – pozostała ta sama. Ta opowieść dobrze ramuje dzisiejszą rozmowę o urbanistyce: przypomina, że najtrwalsza nowoczesność to taka, którą każdego dnia da się zdrowo przejść.

Przewijanie do góry